Z historii wojen morskich w epoce żaglowców

Od upadku Konstantynopola do wybuchu rewolucji francuskiej (1789).
Awatar użytkownika
Raleen
Colonel Général
Posty: 36271
Rejestracja: czwartek, 22 grudnia 2005, 14:40
Lokalizacja: Warszawa
Has thanked: 174 times
Been thanked: 115 times
Kontakt:

Z historii wojen morskich w epoce żaglowców

Post autor: Raleen » środa, 28 czerwca 2006, 10:42

Temat na wymianę różnych ciekawostek dot. wojen morskich z tego okresu. Zdaję sobie sprawę, że nie są to popularne wśród miłośników historii tematy, więc niewykluczone, że wątek przerodzi się w bardziej "edukacyjny". Ale to już od Was zależy. Jeśli uda się rozwinąc dyskusję, będzie mi miło.

Flota Wielkiego Elektora wypływa na szerokie wody

Będzie to raczej tylko drobna ciekawostka, na początek.
W latach 70 XVII wieku Prusom udało się zbudowac pierwsze okręty, które z sukcesami wzięły udział w toczącej się w latach 1675-78 wojnie skońskiej, między Danią a Szwecją. W jej wyniku Prusy uzyskały od Szwecji prawy brzeg Odry na Pomorzu Szczecińskim i były jedynym krajem, który wyniósł z niej korzyści. Flota elektorska wspierała przy tym Duńczyków, w samą wojnę zaś zaangażowały się i inne potęgi morskie, w tym głównie Holandia.
Po zakończeniu wojny marynarka zaczęła się rozrastac, jej dowództwo objął holenderski admirał Tromp mł. Początkowo bowiem Prusacy mieli jedynie 1 liniowiec i 3 fregaty. Rozbudowa floty, jak na ówczesne skromne możliwości Prus, umożliwiła też niewielką ekspansję kolonialną, a okręty elektorskie pojawiły się na Atlantyku. Przejściowo doszło nawet do konfliktu z Hiszpanią. W celu osłony swoich statków Prusacy wysłali wówczas na Atlantyk 3 eskadry: adm. Clausa von Beverna oraz kapitanów Johanna Lachera i Thomasa Aldersa. 30 września 1681 r. ten ostatni, mając 3 duże fregaty, zdołał odeprzec pod St. Vincent atak 12 liniowców hiszpańskich markiza de Villafiela. Można to uznac za duży sukces wystawiający dobre świadectwo tamtej flocie. Plany jej rozwoju i ekspansji kolonialnej szybko sie jednak załamały z powodu braku funduszy i zrozumienia dla spraw morskich przez następców zmarłego w 1688 Fryderyka Wilhelma. Dla mnie w tym wszystkim interesująca jest przezornosc i dalekowzrocznosc tego władcy, który będąc początkowo skromnym lennikiem króla Polski zdołał się od niego uniezależnic, zbudowac absolutystyczne państwo, biorąc udział w szeregu wojen, mimo swoich bardzo skromnych możliwości uzyskac zdobycze terytorialne, a do tego jeszcze wystawic flotę i rozpocząc ekspansję kolonialną. Można powiedziec, że zarówno dosłownie jak i w przenośni wyprowadził on swoje państwo na szerokie wody międzynarodowej polityki. Niestety w sprawach morskich nie miał równie zaangażowanych następców i stąd późniejszy obraz monarchii pruskiej, jako państwa typowo lądowego, z rozbudowaną armią, kierowanego przez królów-kaprali. Początki floty pruskiej wskazują, że nie do końca tak musiało byc.
Panie, weźcie kości w rękę i wyobraźcie sobie, że gracie z królem Kastylii, i rzucając je na stół zdajecie wszystko na los bitwy. Jeśli dopisze wam szczęście, zrobicie najlepszy rzut, jaki kiedykolwiek uczynił król na ziemi; a jeśli rzut wam się nie powiedzie, inaczej nie odejdziecie z gry, jak z honorem.

Gil de Osem do króla Portugalii Jana I Dobrego przed bitwą pod Aljubarrotą (14.VIII.1385)
Awatar użytkownika
Raleen
Colonel Général
Posty: 36271
Rejestracja: czwartek, 22 grudnia 2005, 14:40
Lokalizacja: Warszawa
Has thanked: 174 times
Been thanked: 115 times
Kontakt:

"Wojna o ucho Jenkinsa" (1)

Post autor: Raleen » sobota, 30 września 2006, 13:45

Po dłuższym czasie zapomnienia będzie kolejny odcinek.

"Wojna o ucho Jenkinsa" (1739-1744) - część 1

Po traktacie w Utrechcie (1712-15), kończącym wojnę o sukcesję hiszpańską będącą zarazem jedną z wojen kolonialnych, w której, Hiszpania, pokonana, zmuszona była udzielic Anglikom przywilejów handlowych dla ich kupców. Sprowadzały się one do możliwości przewiezienia do Ameryki ograniczonej ilości niewolników i towarów z Afryki. Przywilej został udzielony na 30 lat dając w pewnym zakresie Anglikom faktyczny monopol handlowy. Jednak, jak to zwykle bywa, apetyt rośnie w miarę jedzenia i kupcy zaczęli wykorzystywac udzielony im przywilej do przewożenia innych niż dozwolone towarów i przywożenia ich w większych niż dozwolone ilościach oraz do przemytu. Spotkało się to z reakcją hiszpańskich władz celnych, które starały się procederowi przeciwdziałac. Powołano specjalne jednostki graniczne mające ścigac przemytników. W 1731 r., w jednej z licznych utarczek z hiszpańskimi celnikami kapitan brygu "Rebecca" - Robert Jenkins, utracił ucho. Zakonserwowane w spirytusie i przewiezione przez zapobiegliwego kupca do Londynu, stało się koronnym dowodem prześladowań jakich doznają w Nowym Świecie rzekomo niewinni obywatele z rąk Hiszpanów. Sprawę przedstawiono w parlamencie, gdzie poszkodowany teatralnie "polecał duszę Bogu, a sprawę - ojczyźnie". Przemytnik wydał nawet broszurę pod jednoznacznym tytułem Spanish Insolence Corrected by English Bravery (Hiszpańskie zuchwalstwo ukrócone przez angielskie męstwo, 1739). Cała kampania, prowadzona pod hasłem "wolnosc mórz albo śmierc" miałaby oczywiscie charakter farsowy, gdyby nie poparcie jakiego udzielała jej wpływowa Kompania Mórz Południowych. Kupcy angielscy wobec niedługiego, zbliżającego się wygasnięcia przywilejów szukali jedynei pretekstu do wojny. Nie pomogło wobec tego pojednawcze stanowisko Hiszpanii i wkrótce brytyjski premier Robert Walpole, pod ich naciskami musiał wojnę wypowiedziec. Działania zaczęły się w październiku 1739 r. Wielka Brytania od początku miała zdecydowaną przewagę, jednak nie do końca potrafiła ją wykorzystac...
Panie, weźcie kości w rękę i wyobraźcie sobie, że gracie z królem Kastylii, i rzucając je na stół zdajecie wszystko na los bitwy. Jeśli dopisze wam szczęście, zrobicie najlepszy rzut, jaki kiedykolwiek uczynił król na ziemi; a jeśli rzut wam się nie powiedzie, inaczej nie odejdziecie z gry, jak z honorem.

Gil de Osem do króla Portugalii Jana I Dobrego przed bitwą pod Aljubarrotą (14.VIII.1385)
Awatar użytkownika
Raleen
Colonel Général
Posty: 36271
Rejestracja: czwartek, 22 grudnia 2005, 14:40
Lokalizacja: Warszawa
Has thanked: 174 times
Been thanked: 115 times
Kontakt:

"Wojna o ucho Jenkinsa" (2)

Post autor: Raleen » poniedziałek, 20 listopada 2006, 16:57

"Wojna o ucho Jenkinsa" (1739-1744) - część 2

Marynarka hiszpańska, choć dwukrotnie słabsza od brytyjskiej (40:81 liniowców), reprezentowała dość znaczny potencjał bojowy. Było to w pierwszym rzędzi zasługą intendenta floty, a następnie ministra Jose Patino, który odbudował ją od podstaw po klęsce w wojnie z czwórprzymierzem. W ciągu 20 lat (1717-1736) wystawił 58 nowych liniowców. Powstawały w zreorganizowanych od podstaw stoczniach (przede wszystkim w Hawanie) , a ponieważ stosowano przy tym nowe techniki budowy okrętów, były one w znacznej mierze nowoczesne. Patino przeprowadził jednocześnie szereg reform mających polepszyć wyszkolenie personelu: w Kadyksie i Barcelonie otwarto szkoły oficerskie (druga z nich kształciła inżynierów i artylerzystów) oraz powołano samodzielny korpus piechoty morskiej. Najsłabszym elementem floty pozostawały załogi, bowiem wobec wątłych powiązań ogółu ludności z morzem trudno było znaleźć racjonalny sposób ich rekrutacji.
Brytyjczycy tymczasem, wyraźnie nie doceniając przeciwnika nastawiali się na działania za oceanem. Oszałamiające bogactwa , jakie wciąż można było tam zdobyć, i perspektywy handlowych korzyści, wyniesionych z pomyślnego rozstrzygnięcia konfliktu, skłaniały do zadania ciosu przeciwnikowi w Ameryce, gdzie z natury rzeczy, wobec ogromnego obszaru hiszpańskiego imperium, obrona nie mogła być silna. Plan operacyjny przygotowany przez Pierwszego Lorda Admiralicji, przewidywał wysłanie tam trzech eskadr. Siły główne, wiceadm. Edwarda Vernona, który obiecał Izbie Gmin, iż zdobędzie Portobelo, działać miałay na Antylach. Podczas gdy komodorzy James Cornewall i Anson dokonać mieli dywersyjnego uderzenia na posiadłości hiszpańskie na Oceanie Spokojnym (pierwszy z nich dostać się tam miał poprzez Przylądek Horn, drugi zaś opływając Afrykę).
Pomimo tradycyjnych kłopotów z wystawieniem floty, a nade wszystko – skompletowaniem załóg, Vernon z komodorem Charlesem Brownem i 6 liniowcami przystąpił do działań już w grudniu 1739 r. Dopełnił przyrzeczenia zajmując miasto wraz z twierdzą, uchodzącą za niezwykle silnie ufortyfikowaną. Tymczasem stan umocnień był tak żałosny, a zaskoczenie – kompletne, iż zdobywcy stracili w Portobelo 3 lub wedle innych nawet (!) 6 ludzi. W marcu i kwietniu następnego roku admirał zatakował Cartagenę i Charges (na Przesmyku Panamskim), ale pierwsza ważniejsza akcja nie udała się. Przyczyn niepowodzenia było kilka. Sam Vernon nie był wybitnym dowódcą (do historii przeszedł przede wszystkim jako wynalazca grogu, którym zastąpiono z jego inicjatywy obowiązkową codzienną porcję araku i rumu wydawaną marynarzom). A do tego skłócił się najpierw z gen. Lordem Carthcartem, a po jego śmierci – z następcą gen. Thomasem Wentworthem, nieposiadającym zresztą żadnych kwalifikacji by kierować skomplikowanymi, bądź co bądź, operacjami amfibijnymi. Istotniejsze było i to, że Hiszpanie otrząsnęli się z zaskoczenia i z niezwykłą energią zaczęli przygotowywać się do obrony. Na antyle wysłano silną, liczącą 18 okrętów, flotę kontradm. Torresa y Moralesa. Pozostawiwszy obserwacyjny dywizjon w Cartagenie (6 liniowców oddanych pod dowództwo gubernatora wiceadm. Blaza de Lezo), sam zajął z pozostałymi 12 jednostkami strategiczną pozycję w Hawanie.
Filip V, zdając sobie sprawę z istniejącej dysproporcji sił, zwrócił się jednocześnie o pomoc do swego burbońskiego kuzyna. Ludwik XV zdecydował się wysłać na Karaiby niemal całą flotę. W sierpniu z Tulonu wyruszyła eskadra kontradm. Gasparda de La Roche-Allarta, a we wrześniu jej śladem podążyły okręty z Brestu, dowodzone przez adm. Markiza Antoine’a Francois Jacques de Roquefeuil). Zdumiewająco młody szef ekspedycji (miał 31 lat) zawdzięczał swą błyskotliwą karierę poparciu nominalnego zwierzchnika sił morskich, admirała Francji. hr. Tuluzy, którego był pasierbem. Nepotyzm w tym przypadku dał się jednak usprawiedliwić. Admirał doskonale znał się na sprawach morskich i uważano go powszechnie za nadzieję floty.
Tak więc ostatecznie w styczniu 1741 r. przy San Domingo zgromadziły się 22 liniowce francuskie. Co prawda Vernon również otrzymał posiłki (25 okrętów, które w październiku 1740 r. przyprowadził kontradm. Chaloner Ogle), ale łączny stosunek sił nie był już dlań korzystny. Koncentracja tak poważnych środków musiała doprowadzić do konfliktów. D’Antin delegował kpt. Markiza Nicolasa d’Espinay-Beaugroulta (4 liniowce), aby pobrał powazne kwoty, niezbędne do dalszego finansowania operacji i dołączył do floty. W drodze powrotnej natknął się on 18 stycznia w okolicy przylądka Tiburon na konwój liczący 75 jednostek. Dowodzący eskortą (6 okrętów) Ogle nakazał przystąpienie od ataku, mimo iż przeciwnicy wywiesili dobrze widoczne bandery. Potyczka nie dała rezultatów, a po zakończeniu walki na pokładzie „Ardenta” zjawił się angielski oficer, który oświadczył w imieniu swego admirała, iż ten „wierzył, iż ma okoliczność z Hiszpanami, gdyż nie prowadzi działań przeciwko Francuzom i bynajmniej tego nie pragnie.” Tłumaczenie to było oczywiście pełne obłudy, niemniej Antin, uwiadomiony o incydencie, musiał się zdecydować na wydanie Anglikom wojny albo – powrót do kraju. Do ostatniego rozwiązania skłaniała go zarówno trapiąca załogi febra i fatalne zaopatrzenie, jak też brak rozkazów z Paryża. Okazało się, iż decyzja ta była jak najbardziej zgodna z intencjami Fleury’ego, który obawiał się otwartego konfliktu. Dnia 7 lutego flota francuska odkotwiczyła zatem z San Domingo. Droga powrotna przebiegła bez incydentów, wyjąwszy katastrofę liniowca „Bourbon”, który zgubił się w czasie sztormu i wpakował na skały w okolicach przylądka Finisterre z 622 ludźmi i dowódcą kpt. Markizem de Boulainvilliersem. Na Karaibach pozostawiono co prawda de Roquefeuila z 6 okrętami, ale były to siły zbyt szczupłe, aby mogły zaważyć na ogólnej sytuacji.
Vernon mimo to nie potrafił uzyskać znaczniejszych sukcesów. Dnia 20 marca 1741 r. z 29 liniowcami i 12 tys. Wojska zaatakował ponownie Cartagenę, jednak i tym razem bez efektu. Odparcie napaści Hiszpanie zawdzięczali zarówno gubernatorowi markizowi Sebastianowi de Eslavie, ktry zdecydowany był walczyć do śmierci i potrafił natchnąć swą determinacją szczupłą załogę (1100 żołnierzy, 900 zmobilizowanych Murzynów i Indian), jak też chorobom, które szerzyły się wśród oblegających. Jedynym rezultatem całkowicie chybionej operacji stało się zniszczenie hiszpańskich liniowców, które de Lezo nakazał sam zatopić, aby lepiej zablokować wejście do portu. Zwycięski admirał zmarł zresztą w kilka miesięcy po zdjęciu oblężenia. Niepowodzeniem zakończyła się również wyprawa na Santiago de Cuba (lipiec 1741 r.). Nieco lepiej powiodło się kpt. Charlesowi Knowlesowi, który w marcu 1743 r, zaatakował La Guaiarę (mało skutecznie), w kwietniu zaś (z większym powodzeniem) – Puerto Cabello. Były to jednak osiągnięcia drugorzędne, nie na miarę oczekiwać i zaangażowanych sił.
Zgoła inaczej powiodła się wyprawa Ansona. Wyekspediowana we wrześniu 1740 r. (zwłoka nastąpiła skutkiem rezygnacji z wysłania drugiego dywizjonu) w składzie 5 liniowców, nie zdołała, jak planował Wager, zaskoczyć Hiszpanów. Nie przyniosła też powazniejszych efektów militarnych poza przerażeniem, jakim napełniła amerykańskich Kreolów, ale za to zdołała przywieźć do kraju łupy obliczane na 313 tys. Funtów (pochodziły ze zdobytego w lipcu 1743 r. koło Filipin, a więc w czasie drogi powrotnej, galeonu skarbowego „Nuestra Senora de Covadonga”). Do tego pościg kontradm. Josego Pizarry z 5 liniowcami zakończył się prawdziwą tragedią: eskadra przepadła w sztormach i katastrofach, a wśród wyniszczonych rejsem załóg doszło nawet do przypadkow kanibalizmu. W rezultacie wyprawa „pomniejszyła wojenną potęgę Hiszpanii o przeszło trzy tysiące ludzi (kwiat marynarzy), cztery duże okręty wojenne i jeden pomocniczy”. Niewątpliwy wyczyn nawigacyjny Ansona, jaki stanowiło opłynięcie kuli ziemskiej w tak trudnych, bojowych warunkach (choć nie bez strat), wywołał w Anglii powszechny entuzjazm.
Operacje w Europie, mające zdecydowanie drugoplanowy charakter nie rozwijały się po myśli Anglików. Wiceadm. John Balchen chybił flotę skarbową Pizarra, który doprowadził ją do Hiszpanii, nim ruszył w pościg za Ansonem, a kontradm. Nicholas Haddock usiłował od 1740 r. blokować Kadyks. Czynił to jednak tak nieskutecznie, iż Hiszpanie nie tylko zdołali wyprowadzić do Ameryki okręty Torresa i Pizarry (utracono jedynie liniowiec „Princesa”, który doścignięty 19 kwietnia 1740 r. w okolicy przylądka Ortegal przez 3 okręty kpt. Perry.ego Mayne’a, doszczętnie zdemolowany, uległ im ostatecznie tracąc 70 zabitych), ale również wysyłać w morze znaczną liczbę jednostek kaperskich, które przysporzyły żegludze brytyjskiej poważnych strat.
W 1742 r. dowództwo Floty Śródziemnomorskiej, w związku z chorobą Haddocka, objął wiceadm. Mathews. Nowy komendant był nieprzeciętną indywidualnością, co znalazło pewien wyraz w nadanym mu przez Włochów przydomku il furibonfo (złośnik). Dowodzenie swe rozpoczął istotnie z wielkim animuszem. W lipcu 1742 r. kpt. Richard Norris spalił przy pomocy jednego tylko brandera 5 galer hiszpańskich we francuskim porcie St. Tropez. Z kolei w sierpniu komodor William Martin, grożąc zbombardowaniem Neapolu, skłonił burbońskiego króla Obojga Sycylii Karola VII do wycofania się z wojny. Demonstracja ta była możliwa, jeszcze bowiem w lutym Anglicy napotkawszy zdążające w kierunku Italii główne siły floty hiszpańskiej (kontradm. Juana Jose de Navarro), zapędzili je do Tulonu, który następnie zablokowali. Francuzi z ubolewaniem zauważali, iż jednostki oddane ich pieczy były „porozbijane, ludzie półnadzy i półzagłodzeni, wielu chorych. Musiało minąć wiele miesięcy, aby eskadra ta była chociaż zdolna do służby”.
Wobec mnożących się incydentów ambitny Ludwik XV, pozbawiony rozważnych rad Fleury’ego (kardynał zmarł w 1743 r.), postanowił przyjść Hiszpanom z bezpośrednią pomocą. Stan marynarki francuskiej nie był jednak okazały. Lata rządów obu Portchartrainów (ministrów marynarki) i nieszczęśliwa regencja ks. Orleańskiego zrujnowały wielkie dzieło Colberta. Co prawda przeciwko Jerome’owi wystąpili solidarnie interesujący się nadal żywo sprawami marynarki hrabiowie Tuluzy i de Coeuvres, ale odniosło to jedynie ten skutek, iż ministra zastąpił w 1723 r. jego młody, dwudziestodwuletni syn, Jean frederic hr. De maurepas. Przyznać trzeba iż sprawy [rzybrały nieco lepszy obrót. Choć nowy szef resortu nie miał pojęcia o sprawach floty, był za to dobrym finansistą i szczerze pragnął poprawy stosunków. W przeciwieństwie do ojca i dziadka miał również zrozumienie dla spraw wielkiej strategii. Podzielał pogląd, iż „byłoby znacznie lepiej, aby król posiadał 50 tys. żołnierzy mniej i 50 liniowców więcej”, ale gdy przedstawił konieczny preliminarz, otrzymał jedynie połowę żądanych sum. Zaważyła na tym bez wątpienia przedwczesna śmierć hrabiego Tuluzy (1737). Godność admirała Francji przejał po nim małoleni dziedzic ks. de Penthievre, który nawet w późniejszych latach traktował ją wyłącznie jako synekurę. Miało to ten skutek, iż flota straciła wysokie protekcje u dworu.
W chwili rozpoczęcia działań liczyła więc 48 okrętów (z tego około 30 w służbie czynnej), podczas gdy Royal Navy, znajdująca się w związku z toczacą się wojną w stanie gotowości bojowej – 96. Notoryczna słabość francuskich sił morskich miła i ten negatywny skutek iż najwyższe dowództwa sprawowali oficerowie w nader podeszłym wieku (nominalny zwierzchnik Floty Antlantyku adm. La Luzerne liczył 82 lata, dowódca zaś sił morskich w basenie śródziemnomorskich Charles de Sainte-Maure – 89 lat!), wobec ograniczonej liczby admiralskich etatów na awanse czekano po lat kilkanaście.

Powyższe w większości za Wieczorkiewiczem, jako że raczej brak innej popularnej literatury na ten temat.
Panie, weźcie kości w rękę i wyobraźcie sobie, że gracie z królem Kastylii, i rzucając je na stół zdajecie wszystko na los bitwy. Jeśli dopisze wam szczęście, zrobicie najlepszy rzut, jaki kiedykolwiek uczynił król na ziemi; a jeśli rzut wam się nie powiedzie, inaczej nie odejdziecie z gry, jak z honorem.

Gil de Osem do króla Portugalii Jana I Dobrego przed bitwą pod Aljubarrotą (14.VIII.1385)
Awatar użytkownika
Raleen
Colonel Général
Posty: 36271
Rejestracja: czwartek, 22 grudnia 2005, 14:40
Lokalizacja: Warszawa
Has thanked: 174 times
Been thanked: 115 times
Kontakt:

"Wojna o ucho Jenkinsa" (3)

Post autor: Raleen » piątek, 24 listopada 2006, 09:21

"Wojna o ucho Jenkinsa" (1739-1744) i bitwa pod Tulonem - część 3

Ludwik XV zdecydowany był mimo to działać energicznie. Dowódcą eskadry tulońskiej został siedemdziesięcioletni wiceadm. Claude Court de La Bruyere, dawny porucznik Jeana Barta, który żeglował po raz ostatni przed trzydziestu siedmiu laty! Zaufano jednak jego ogromnemu doświadczeniu, wydając trudny do zrealizowania rozkaz wyprowadzenia Hiszpanów z portu i eskortowania ich aż do Genui. W wypadku gdyby okręty Navarry zostały zaatakowane, miał na napaść reagować czynnie.
Do starcia doszło 22 lutego 1744 r. w bezpośredniej okolicy Tulonu. Navarro, podobnie jak w swoim czasie de La Cerda, odrzucił uzasadnioną stanem jego jednostek propozycję, aby włączyć je wprost do szyku Francuzów, obejmując straż tylną połączonej floty. Prowadzili ją więc kontradm. Pierre Gabaret d’Agnoulins – dowodzący awangardą i Court de La Bruyere – centrum. Mathews, dysponując siłami równymi liczebnie (28 liniowców), postanowił, niezgodnie z zasadami walki liniowej, skoncentrować je jedynie przeciwko okrętom hiszpańskim. Nakazywały to zarówno wymogi dyplomacji (admirał nie chciał brać na siebie odpowiedzialności za rozpoczęcie wojny), jak też i taktyki: ponieważ Hiszpanie posuwali się wolniej, pomiędzy pierwszym okrętem straży tylnej – „Poderem” a ostatnim z prowadzonych przez Courta de La Bruyere’a – wytworzyła się luka, dająca szansę odcięcia jednostek Navarry. Sam admirał hiszpański, lekko ranny, stracił kontrolę nad swą eskadrą, ale sytuację uratował Gilbert De Lage de Cueilly (Francuz w służbie Filipa V), który przejął w newralgicznym momencie dowództwo „Real Felipe”. Manewr zamierzony przez Mathewsa został definitywnie zaprzepaszczony przez podkomendnych. Dowodzący awangardą kontradmirał William Rowley wdał się bowiem w nieskuteczny pojedynek z Gabaretem, podczas gdy wiceadm. Richard Lestock ze swymi jednostkami w ogóle nie wziął udziału w walce, zajmując się porządkowaniem swego dywizjonu. Indagowany przez jednego ze swych subalterów tłumaczył: „Nie mogę nic zrobić. Niechże pan spojrzy na manewr dowódcy. Dostrzegłem go, jak i pan, ze zdumieniem. Na Boga! Rozpierzchną mi się wszystkie okręty.” Ducha inicjatywy wykazał jedynie dowódca „Berwicka”, wschodząca gwiazda Royal Navy kpt. Hawke, który lekce sobie ważąc zalecenia „Instrukcji” wdał się w walkę. Nieskoordynowane manewry Anglików dały szansę ich przeciwnikom. Court de la Bruyere nie uczynił jednak nic, aby okazję tę wykorzystać. Dowódca flagowego „Terrible” Julien d’Orves zachęcał go do akcji: „Spieszmy im [Hiszpanom] na ratunek, ale zatrzymując się jedynie na dwadzieścia minut owładniemy połową awangardy angielskiej”. Admirał skwitował to z flegmą: „Bardzo to możliwe, drogi kapitanie. Mówiąc jednak między nami, nie pokładam nadmiernego zaufania w don Navarro. (...) Proszę spojrzeć na wrogą ariegardę: wystarczy, aby nacisnęła, a zmiażdży Hiszpanów.”
Toczona w ten sposób bitwa nie mogła dać rozstrzygnięcia: obydwie strony poniosły mniej więcej równe straty (po 800 ludzi, w tym po stronie angielskiej dowódca niedoszłej wyprawy przeciw posiadłościom hiszpańskim na Pacyfiku Cornewall). Nazajutrz zatonął „Poder”, który tak był zniszczony, iż nie udało się go uratować. Mathews, posiadając również kilka poważnie uszkodzonych okrętów (w tym flagową „Namur”, którą musiał opuścić), zdecydował się odejść do Port Mahon na Minorce. Blokada Tulonu została więc zdjęta. Sojusznicy nie potrafili tego spożytkować: Navarro odszedł do Kartageny, Francuzi zaś powrócili zaś do macierzystego portu.
Bitwa koło Sicié (tak nazywa ją historigrafia francuska), jak każde niemal nierozstrzygnięte starcie wielkich flot, wywołała spory i kontrowersje. Hiszpanie oskarżali adm. Courta de La Bruyere’a, iż nie udzielił im dostatecznej pomocy (obciążało to raczej Gabareta, który nie wykonał nakazanego zwrotu i nie pospieszył z pomocą straży tylnej). W rezultacie cały splendor taktycznego, bądź co bądź, sukcesu spłynął na adm. Navarrę obdarzonego tytułem markiza de la Victoria (zwycięstwa). Rozgoryczony dowódca francuski przejściowo odsunięty od komendy usunął się do swych majątków; sprawiedliwość oddano mu dopiero w 1750 roku, gdy otrzymał awans admiralski. Oczywiście decyzja ta miała podtekst polityczny: chodziło o podtrzymanie morale hiszpańskiego sojusznika. Podobnie niesprawiedliwie postąpiono i w Anglii. Mathewsa i Lestocka postawiono przed sądem, któremu przewodniczył kontradm. Mayne. Drugi z nich, ponoszący w istocie winę za niepowodzenie, został formalnie usprawiedliwiony za swą bezczynność powołując się na regulaminy, i został uniewinniony. Tymczasem w zachowaniu Lestocka można było doszukać się elementów osobistej zawiści. Spodziewając się sukcesji po chorym Haddocku i sobie jedynie przypisując zasługę w zablokowaniu Tulonu, przyjął nominację Mathewsa wrogo, starając się sabotować jego rozporządzenia, a po bitwie – wręcz go oskarżając. W rezultacie zwierzchnik został uznany za winnego działań „sprzecznych z dyscypliną, naruszających jej zasady i „Instrukcję walki”, i wystawiających flotę JKM na wielkie niebezpieczeństwo”. Wyrok ów był absurdalny, ukarano bowiem tego z antagonistów, który wykazał ducha przedsiębiorczości i dążył do bitwy. Usunięcie Mathewsa ze służby, będące jego konsekwencją, wzburzyło brytyjską opinię publiczną.
Sprawa ta wywarła istotny wpływ na rozwój taktycznych form walki, prowadząc do ich dalszego sformalizowania. Z drugiej strony młodsi oficerowie królewskiej marynarki, tacy jak Anson czy Hawke, na podstawie właśnie bitwy pod Tulonem zyskali argument, iż rozstrzygnięcia należy szukać w nieszablonowych rozwiązaniach. Wszak Mathews osiągnąłby wielkie zwycięstwo, gdyby tylko nie zawiedli go oficerowie.

Powyższe w większości za Wieczorkiewiczem, jako że raczej brak innej popularnej literatury na ten temat.
Panie, weźcie kości w rękę i wyobraźcie sobie, że gracie z królem Kastylii, i rzucając je na stół zdajecie wszystko na los bitwy. Jeśli dopisze wam szczęście, zrobicie najlepszy rzut, jaki kiedykolwiek uczynił król na ziemi; a jeśli rzut wam się nie powiedzie, inaczej nie odejdziecie z gry, jak z honorem.

Gil de Osem do króla Portugalii Jana I Dobrego przed bitwą pod Aljubarrotą (14.VIII.1385)
Awatar użytkownika
Raleen
Colonel Général
Posty: 36271
Rejestracja: czwartek, 22 grudnia 2005, 14:40
Lokalizacja: Warszawa
Has thanked: 174 times
Been thanked: 115 times
Kontakt:

Hiszpańskie Wielkie Armady (1)

Post autor: Raleen » wtorek, 5 grudnia 2006, 19:10

Hiszpańskie Wielkie Armady (1)

Dzieje pierwszej hiszpańskiej Wielkiej Armady wysłanej w 1588 r. przez hiszpańskiego króla Filipa II na podbój Anglii są znane. Wskutek wyższości taktycznej Anglików oraz niesprzyjających warunków atmosferycznych, jak i niezbyt starannego przygotowania wyprawy hiszpańska flota inwazyjna została pokonana. Jej losów dopełnił sztorm, podczas którego także zatonęło wiele jednostek. Należy wspomnieć, że zaważyło także powierzenie naczelnego dowództwa osobie niezbyt dobrze przygotowanej do jego sprawowania – ks. Alonso de Medina Sidonia. Początkowo stanowisko to przewidziane było dla Alvaro de Bazan’a markiza Santa Cruz, bohatera spod Lepanto, jednak ten tuż przed terminem wyprawy zmarł. Los więc sprawił, że na czele wielkiej floty musiał stanąć kto inny. W związku z tym, że sam termin ekspedycji był przesuwany, kto wie jak potoczyłyby się jej losy, gdyby dowodził nią markiz Santa Cruz. Stało się jednak inaczej i wyprawa zakończyła się klęską.

Po zdarzeniach roku 1588 obie strony szykowały się do dalszej konfrontacji. Anglicy, aby osłabić siłę hiszpańskiego imperium podjęli szereg wypraw łupieżczych na kolonie Filipa II oraz atakowali hiszpańskie okręty przywożące korzenie i inne cenne towary z Nowego Świata. W szczególności obiektem ataku były tzw. srebrne floty – hiszpańskie floty skarbowe przewożące kruszce z kolonii do metropolii. Dopadnięcie choćby pojedynczych galeonów skarbowych, przewożących na swoich pokładach bajeczne bogactwa było nie lada sukcesem.
Mimo klęski w 1588 i utraty większości floty Hiszpania była wówczas nadal mocarstwem, a Anglia jeszcze stosunkowo małym i biednym krajem.

By pomścić klęskę Filip II podjął szereg działań. Na Azorach utworzono silną twierdzę Terceirę pod osłoną której miały się chronić ciągnące z Ameryki floty skarbowe, na które na wodach europejskich czyhali już zwykle Anglicy. Podjęto też przygotowania do kolejnej inwazji. Filip zlecił stoczniom włoskim budowę 40 galeonów wojennych (ogromna liczba jak na owe czasy), w tym dwunastu wielkich, nazwanych od imion dwunastu apostołów.

O losach kolejnej armady, okrętów z serii apostolskiej i wielkiej roli jaką ponownie odegrał w historii ks. Medina Sidonia w następnym odcinku.
Panie, weźcie kości w rękę i wyobraźcie sobie, że gracie z królem Kastylii, i rzucając je na stół zdajecie wszystko na los bitwy. Jeśli dopisze wam szczęście, zrobicie najlepszy rzut, jaki kiedykolwiek uczynił król na ziemi; a jeśli rzut wam się nie powiedzie, inaczej nie odejdziecie z gry, jak z honorem.

Gil de Osem do króla Portugalii Jana I Dobrego przed bitwą pod Aljubarrotą (14.VIII.1385)
Awatar użytkownika
Lord Voldemort
Pułkownik
Posty: 1310
Rejestracja: poniedziałek, 24 kwietnia 2006, 15:26
Lokalizacja: Opole
Kontakt:

Post autor: Lord Voldemort » czwartek, 7 grudnia 2006, 13:02

Przed kleska Wielkiej Armady niejaki Francis Drake :twisted: dokonal udanego rajdu na Kadyks ;)

Nie ma to jak spalic zapasy dla armii i floty przed planowana inwazja Wysp.

Sam rajd jest bardzo ciekawy, jak znajde chwile czasu to go tutaj pokrotce opisze :)

V.
Awatar użytkownika
Raleen
Colonel Général
Posty: 36271
Rejestracja: czwartek, 22 grudnia 2005, 14:40
Lokalizacja: Warszawa
Has thanked: 174 times
Been thanked: 115 times
Kontakt:

Post autor: Raleen » czwartek, 7 grudnia 2006, 14:16

Hiszpańskie Wielkie Armady (2) - rajd na Kadyks

Tymczasem rozwój sytuacji w pustoszonej wojną domową Francji zmienił zasadniczo europejski układ sił. Po stronie Ligi Katolickiej zwalczającej prawowitego władcę – Henryka IV – stanęli Hiszpanie. Oczywiście Anglicy natychmiast poparli króla (w walkach padł m.in. Frobisher). W początku 1596 r. generałom Filipa II udało się opanować Calais. Stwarzało to realne przesłanki powodzenia inwazji, wywołując zarazem panikę w Anglii. Doradcy Elżbiety postanowili uprzedzić atak, wzorem rajdu Drake’a z 1587 r. W kierunku Hiszpanii pożeglowała więc wielka flota angielsko-holenderska składająca się z 47 okrętów wojennych i ponad 70 transportowców przewożących 7300 zaprawionych w bojach żołnierzy. Dowództwo nad siłami morskimi sprawował lord Howard (eskadrami komenderowali Thomas Howard, przywrócony do łask Raleigh i Johan van Duvenvoorde), nad armią zaś – faworyt królowej Robert Devereux hr. Essex.
Napaść Anglików na Kadyks 1 lipca zaskoczyła pochłoniętych ekwipowaniem armady Hiszpanów. Gubernator prowincji, a był nim dziwnym zrządzeniem losu ks. Medina Sidonia, pisał z goryczą do Filipa: „Mówiłem Waszej Królewskiej Wysokości, jak bardzo potrzebuję ludzi i pieniędzy i nie otrzymałem na to nawet odpowiedzi”. Wewnętrznego portu broniły galeony z serii „apostolskiej”. Furiackie natarcie Raleigha przełamało jednak ich linię: dwa, „San Felipe” i „San Tomas”, spłonęły, „San Mateo” zaś i „San Andres” musiały oddać się do niewoli (obydwa okręty jako „St. Mathew” i „St. Andrew” służyły we flocie angielskiej aż do zakończenia wojny, kiedy zwrócono je Hiszpanom). Wojska Essexa zajęły tymczasem miasto, wydane następnie na łup brutalnym oddziałom holenderskim. Głównym celem ekspedycji była jednak flota skarbowa. Anglicy w trosce o bezpieczeństwo ładunków (szacowano je na niewyobrażalną sumę 20 mln dukatów), które widzieli już na pokładach swych jednostek, nie podjęli ryzyka jej atakowania, próbując uzyskać od Hiszpanów okup za zwolnienie statków. Targi przeciął ks. Medina Sidonia wydając heroiczny rozkaz spalenia jednostek. Owo auto da fe stało się przyczyną przerwania na rok komunikacji zamorskich, bankructwa królestwa i ogromnych perturbacji na europejskich giełdach. Sprzymierzeńcy tymczasem, kontentując się łupami uzyskanymi w mieście (ponad 600 tys. dukatów), podążyli do Anglii z takim pośpiechem, iż umknęła im sposobność zaatakowania nadciągającej floty zachodnioindyjskiej.
Król Hiszpanii, który wbrew opinii poddanych uznał czyn swego admirała za chwalebny, nie zrażony niczym, postanowił wysłać jednak do boju kolejną armadę. W październiku jednostki hiszpańskie dowodzone przez adm. Martina de Padillę wyszły w morze. Nie były one wszakże przygotowane do operacji, a i spóźniona pora roku nie rokowała powodzenia. Istotnie, sztormy rozproszyły flotę w Zatoce Biskajskiej, gdzie utracono 25 okrętów i 3 tys. ludzi.

Powyższe w większości za Wieczorkiewiczem.

Jeśli to ten rajd miałeś na myśli Voldemorcie, to przepraszam, że uprzedzam, ale może dysponujesz lepszymi źródłami, więc uzupełnisz opowieść.
Panie, weźcie kości w rękę i wyobraźcie sobie, że gracie z królem Kastylii, i rzucając je na stół zdajecie wszystko na los bitwy. Jeśli dopisze wam szczęście, zrobicie najlepszy rzut, jaki kiedykolwiek uczynił król na ziemi; a jeśli rzut wam się nie powiedzie, inaczej nie odejdziecie z gry, jak z honorem.

Gil de Osem do króla Portugalii Jana I Dobrego przed bitwą pod Aljubarrotą (14.VIII.1385)
Awatar użytkownika
Lord Voldemort
Pułkownik
Posty: 1310
Rejestracja: poniedziałek, 24 kwietnia 2006, 15:26
Lokalizacja: Opole
Kontakt:

Post autor: Lord Voldemort » czwartek, 7 grudnia 2006, 14:33

Nie, ja mialem na mysli rajd Drake'a z 1587 :)

V.
Awatar użytkownika
Raleen
Colonel Général
Posty: 36271
Rejestracja: czwartek, 22 grudnia 2005, 14:40
Lokalizacja: Warszawa
Has thanked: 174 times
Been thanked: 115 times
Kontakt:

Post autor: Raleen » czwartek, 7 grudnia 2006, 14:37

To świetnie się składa, nie będę Ci zatem wchodził w drogę. Fajnie jak coś skrobniesz - temat przestanie byc moim monologiem jak dotychczas :)
Panie, weźcie kości w rękę i wyobraźcie sobie, że gracie z królem Kastylii, i rzucając je na stół zdajecie wszystko na los bitwy. Jeśli dopisze wam szczęście, zrobicie najlepszy rzut, jaki kiedykolwiek uczynił król na ziemi; a jeśli rzut wam się nie powiedzie, inaczej nie odejdziecie z gry, jak z honorem.

Gil de Osem do króla Portugalii Jana I Dobrego przed bitwą pod Aljubarrotą (14.VIII.1385)
Awatar użytkownika
kot
Stabsfeldwebel
Posty: 303
Rejestracja: sobota, 2 grudnia 2006, 15:13
Lokalizacja: Chojnice/Wawa
Kontakt:

Post autor: kot » piątek, 8 grudnia 2006, 14:38

Ale bardzo dobrym monologiem, wiele uczącym ;) To się nazywa wykład :P
Awatar użytkownika
Raleen
Colonel Général
Posty: 36271
Rejestracja: czwartek, 22 grudnia 2005, 14:40
Lokalizacja: Warszawa
Has thanked: 174 times
Been thanked: 115 times
Kontakt:

Hiszpańskie Wielkie Armady (3)

Post autor: Raleen » poniedziałek, 22 stycznia 2007, 09:21

Hiszpańskie Wielkie Armady (3) - Wielka Armada 1588 r.

Filip chciał dokonać w Anglii desantu po to, aby z pomocą miejscowych katolików objąć tron. Wymuszona unia zlikwidowałaby zarówno bezustanne zagrożenie amerykańskich kolonii, jak też dała podstawę operacyjną do zgniecenia coraz bardziej dokuczliwej insurekcji niderlandzkiej. Zwolennikami tego planu byli – pacyfikator Nicerlandów ks. Farnese (wyznaczony na dowódcę korpusu ekspedycyjnego) i naczelny wódz floty, markiz Santa Cruz. Opracowany przez tego ostatniego plan przewidywał wystawienie olbrzymiej floty, liczącej 196 okrętów i 360 jednostek transportowych. Mając na pokładach 95 tys. ludzi (!) – w tym 60 tys. żołnierzy – winna opanować kanał La Manche i rozbić siły morskie przeciwnika u ujścia Tamizy. Słusznie zakładano, iż niezwyciężona piechota hiszpańska, raz znalazłszy się na lądzie, nie będzie miała żadnych kłopotów ze złamaniem oporu wyspiarzy. Zakrojona na tak gigantyczną skalę operacja wymagała długotrwałych, skomplikowanych i metodycznych przygotowań. Trudności nastręczała zarówno mobilizacja (obok zaprawionych w morskim rzemiośle Włochów i Portugalczyków angażowano również hiszpańskich wieśniaków), jak też zgromadzenie żywności i pieniędzy. Odpowiednie sumy uzyskano w końcu poprzez dodatkowe, uciążliwe opodatkowanie kraju: wyprawa kosztowała ostatecznie 8 mln dukatów.
Tymczasem Anglicy wysłali w kwietniu 1587 r. ku wybrzeżom Hiszpanii eskadrę Drake’a i Thomasa Fennera liczącą 33 okręty. Wdarła się ona do uchodzącego za niezdobyty portu w Kadyksie, rozbiła doszczętnie strzegącą go flotyllę galer adm. Pedra de Acuna i spaliła wszystkie budowane, remontowane i ekwipowane tam jednostki w liczbie 60. Drake zaatakował następnie Sagres, gdzie opanował przybyły z Indii galeon „San Felipe” z ładunkiem złota, korzeni, porcelany i aksamitu wartości 108 tys. funtów. Zagon zakończyła demonstracja pod Lizboną – główną nieprzyjacielską bazą morską. Wyprawa ta, w trakcie której Drake, wedle własnego raportu, „osmalił brodę królowi Hiszpanii”, poza bogatymi łupami przyniosła wymierny skutek, opóźniając o rok desantowe plany.
Przygotowania do inwazji były w pełnym toku, gdy 19 lutego 1588 r. zmarł nagle markiz Santa Cruz. Ponieważ na domiar złego śmierć zabrała wcześniej również jego zastępcę, wsławionego w bojach z Turkami Marcantonio Colonnę ks. de Paliano, Filip II zdecydował się wyznaczyć dowódcą floty Alonso Pereza de Guzmana el Bueno ks. Medinę Sidonię, który uchodził za generała o „doskonałych kwalifikacjach, cieszącego się powszechną miłością”, przy tym jednak fatalnie znosił podróże morskie. Ten nie czując się na siłach do wzięcia na siebie wielkiej odpowiedzialności starał się uchylić od zaszczytnej misji. Filip II nie zmienił jednak decyzji. Poszczególne eskadry objęli doświadczeni dowódcy floty, co mogło być dla ks. Medina Sidonia pewną pociechą. Łącznie flota liczyła 8050 marynarzy, 2088 wioślarzy i 18979 żołnierzy oraz 1545 ochotników, liczne służby itd. Na wyprawę zaciągnęli się najznamienitsi kawalerowie królestwa. Flota sprawiała imponujące wrażenie. Jak jednak widać król znacznie ograniczył wielkość floty w stosunku do zamierzeń Santa Cruza, obcięte zostały także zapasy żywności, które były przewidziane na 3 miesiące. Zadaniem Mediny Sidonii było przejście przez kanał La Manche i zaokrętowanie zbierającej się we Flandrii 25-tysięcznej armii ks. Farnese; jej bezpieczne lądowanie w okolicach przylądka Margate stanowiło cel podstawowy. Spodziewano się, że zgromadzone siły będą na tyle potężne, aby odepchnąć Anglików, monarcha jednak żądał, by dla wszelkiej pewności do czasu desantu unikać bitwy. Czynnikiem działającym na rzecz Hiszpanów było przechylenie szali zwycięstwa w rozdzieranej konfliktem religijnym Francji na stronę katolickiego stronnictwa Gwizjuszów. Jego przywódca. ks. Henryk, deklarował, iż przyłączy się do desantu z 12-tysięcznym wojskiem. W każdym razie koncentracja jego sił w Normandii dawała rękojmię spokojnej mobilizacji armii ks. Farnese i zabezpieczała południowe skrzydło podczas marszu floty przez Kanał.
Galeony hiszpańskie, wśród których 2/3 było adaptowanymi statkami oceanicznymi, wyróżniały się silną konstrukcją i wielkością. Ich cechą charakterystyczną były wypiętrzone kasztele rufowe, zapewniające konieczny komfort w trakcie długich zamorskich rejsów. Powodowało to jednak zarazem, iż były powolne i mało zwrotne. Oficerowie, zdając sobie sprawę z wyższości nieprzyjacielskich jednostek mawiali: „jeden okręt angielski wart jest czterech naszych”. Rozumiejąc to i wyciągając wnioski z lekcji udzielonej przez Drake’a w Kadyksie – Filip nakazał wyposażenie jednostek w wielką liczbę ciężkich dział. Te były jednak skuteczne jedynie na krótkich dystansach z racji powolności ognia. Rozstrzygnięcia upatrywano więc nadal w abordażu: „celem naszych ludzi – pisał monarcha – musi być dążenie do bezpośredniego starcia i do stoczenia walki wręcz”. Wielką wagę przykładano do nadania ekspedycji charakteru krucjaty. Mustrowano więc księży i zakonników (po inwazji mieli oni szerzyć w Anglii „prawdziwą wiarę”). Król zakazał zabierania na pokłady kobiet – nie chodziło tu oczywiście o damy – i używania przekleństw.
Przerażająco realna groźba najazdu zjednoczyła wszystkich Anglików. Wobec braku wyszkolonej armii, mogącej stawić czoło niezwyciężonym tercios, całą nadzieję pokładano we flocie. Powszechne nastroje wyraził wielki korsarz tej doby, Raleigh, zwracając się do Elżbiety z dworną radą: „Rzeczą najważniejszą jest, aby nie przyjaciel nasycił się swoimi wołami, nim przybędzie, aby opróżnić nasze kurniki w Kencie. Jej Królewska Mość, poza wiarą w Boga, powinna użyć w tym celu dobrych okrętów na morzu”.
Pomimo ogłoszenia mobilizacji przygotowania wojenne szły zrazu niesporo, przede wszystkim z racji osławionej, graniczącej ze skąpstwem, oszczędności królowej. Zebrawszy wszak odpowiednie sumy (znaczną ich część wniosły kupieckie miasta i osoby prywatne), wystawiono w końcu 197 jednostek bojowych (w tym jednak tylko 21 galeonów), obsadzonych przez 14385 znakomicie wyszkolonych marynarzy i zaledwie 1540 żołnierzy. Wzdłuż wybrzeży rozstawiono posterunki mające, w razie potrzeby, śledzić postępy Hiszpanów i alarmować miejscową ludność.
Sprawą istotniejszą niż liczebność były walory bojowe okrętów. Jak już wspominano, galeony angielskie znacznie przewyższały hiszpańskie. Niemała w tym zasługa Hawkinsa, który w 1579 r. objął odpowiedzialne stanowisko skarbnika marynarki i natychmiast nawiązał współpracę z najwybitniejszymi szkutnikami tej doby – Mathew Bakerem i Peterem Pettem. Zasady, jakimi się kierowano, wyraził dobitnie uchodzący za jednego z najlepszych żeglarzy epoki wspomniany już Raleigh: „Największe okręty są najmniej użyteczne, mają głębokie zanurzenie i są niezwykle kosztowne [...] ponadto są mniej zwrotne [...]. Grando navio grande fatiga – jak mawiają Hiszpanie. Sześciusettonowy okręt uniesie tyleż dział, co tysiąctonowy, a [...] mniejszy zdąży się obrócić dwa razy wokół burty, nim większy obróci się raz”. O istotnej sile floty angielskiej stanowili puszkarze, doskonale wyszkoleni i obsadzający liczne działa średnich kalibrów, o znacznej, dzięki mniejszemu odrzutowi, szybkostrzelności. Stosowane armaty odlewano ponadto z żelaza, a nie z droższego mosiądzu, co stanowiło pilnie strzeżony sekret technologiczny.
Angielscy dowódcy nastawali na działania ofensywne. Lord Wielki Admirał Anglii Charles Howard, który zresztą podobnie jak i Medina Sidonia nigdy dotąd nie żeglował po morzach, przekazywał królowej opinie swych podkomendnych: „Zdaniem sir Francisa Drake’a, panów Hawkinsa, Frobishera i innych najbardziej doświadczonych i umiejętnych w tej profesji ludzi, najpewniej będzie stawić czoło flocie hiszpańskiej u jej własnych wybrzeży”. Być może doszłoby do operacji zaczepnych i kolejnego uderzenia prewencyjnego, ale silne letnie sztormy uniemożliwiły Anglikom opuszczenie macierzystych portów. Ponieważ nie było pewności, czy celem Hiszpanów stanie się sama Anglia, czy też zależna od niej katolicka Irlandia, dokonano podziału sił. Większość z Howardem i powołanymi do królewskiej służby dawnymi korsarzami, zaprawionymi od dziesiątków lat w walkach – Drake’em (sprawującym godność wiceadmirała), Hawkinsem, Fennerem i Martinem Frobisherem skoncentrowano w Plymouth. Pomocnicze eskadry lorda Henry’ego Seymoura, Henry’ego Palmera i Williama Wintera skierowano ku wybrzeżom Flandrii, gdzie wespół z „gezami morskimi” miały szczelnie zablokować wojska ks. Farnese i uniemożliwić ich zaokrętowanie.
Flota hiszpańska, nosząca dumne miano „Niezwyciężonej Armady” wyruszyła z Lizbony 9 maja 1588 r. Gwałtowan burza rozproszyła ją jednak tak dalece, iż po dwu miesiącach z ledwością zaczęła zbierać się na wysokości La Coruna. Ks. Medina Sidonia sądził, iż wskutek uszkodzenia szeregu jednostek należy odłożyć całą operację o rok, Filip pozostał jednak nieprzejednany w swym pragnieniu natychmiastowego pokonania heretyków.
Ponieważ niektóre z galeonów z gnanych sztormem dotarły aż na wysokość wysp Scilly, wiadomości o nadciąganiu nieprzyjaciela zaalarmowały Anglików. Gdy jednak rajd lorda Howarda, przeprowadzony w początkach lipca n wody Zatoki Biskajskiej, trafił w próżnię (Hiszpanie w tym czasie koncentrowali się przy La Coruna), nastroje uległy niebezpiecznemu uspokojeniu, królowa zaś zdecydowała się natychmiast obciąć fundusze, żądając przy tym rozpuszczenia części załóg i rozbrojenia floty. Na szczęście Lord Admirał okazał się nie tylko mądrym administratorem i przewidującym strategiem, ale również przebiegłym dworakiem, pisał bowiem do Elżbiety: „Mam tu najdzielniejszy zespół kapitanów, marynarzy i żołnierzy, jaki kiedykolwiek widziano w Anglii. Ludzie ci z zapałem oddaliby swe życie w służbie Jej Królewskiej Mości, jakaż więc szkoda, że brak im jadła”. Argumentacja okazała się przekonywająca i w rezultacie demobilizacji nie przeprowadzono.
Armada wyruszyła ponownie na morze 22 lipca. Po tygodniu minęła przylądek Lizard, kierując się w głąb kanału La Manche. Tę zaskakującą wiadomość przywiózł do Plymouth jeden z krążących na morzu kaprów – Thomas Flemyng. Mijając 31 lipca ten port, Hiszpanie natknęli się zatem na opuszczające go nieprzyjacielskie eskadry. Armada posuwała się w szyku „orła”, polegającym na cofnięciu skrzydeł rozwiniętej czołowo floty (dowodzili nimi de Recalde i Alonso de Leiva; ks. Medina Sidonia komenderował centrum). Dyscyplina panująca na okrętach Filipa, a także trudności, jakie mieli Anglicy z wyjściem w morze wobec nadciągającego przeciwnika i przy niesprzyjającej do tego bryzie, dawały niepowtarzalną szansę rozstrzygnięcia kampanii; wykazując większe zdecydowanie można było zmusić Howarda do walki abordażowej i zniszczyć większość jego floty. Choć na atak nalegał kontradm. De Leiva, głównodowodzący Armady nie poważył się na tak oczywiste przekroczenie królewskich zaleceń. Znaczną rolę odegrała świadomość zdecydowanej przewagi żeglarskiej przeciwnika. Medina Sidonia, tłumacząc swą decyzję, pisał do Eskurialu: „ Wróg, posiadając okręty tak zwinne i tak doskonale sterowane, mógł czynić z nimi wszystko, czego tylko zapragnął”. Spętani Hiszpanie nie byli w stanie naśladować Anglików, gdyż rozbicie sztywnego szyku groziło totalnym zamieszaniem.
Tak więc Armada po owej wstępnej utarczce majestatycznie podążyła dalej uszczuplona o ewakuowane w pośpiechu 2 galeony: „San Salvador”, przewożący skarbiec całej wyprawy (na okręcie skutkiem sabotażu eksplodowały prochy), i poszkodowany w kolizji „Nuestra Senora del Rosario”, flagowiec adm. Pedra de Valdesa. Drugi z nich wpadł w ręce Drake’a, który podniecony sukcesem wyłamał się na swym „Revenge” z linii, aby ścigać bogate transportowce flamandzkie. „San Salvador” również dostał się Anglikom wraz z 55 tys. złotych dukatów. Pryz z tryumfem odprowadzono do Weymouth.
W ślad za Armadą ciągnęły jednostki Howarda. Dnia 2 sierpnia Medina Sidonia usiłował pod Portlandem przejść do natarcia, wykorzystując fakt, iż Frobisher z 5 okrętami odłączył się od sił głównych. Odsiecz Howarda, a także Drake’a i Hawkinsa, umożliwiła odparcie ataku. Bitwa pochłonęła większość zapasów kul i prochu po obu stronach. Do kolejnej potyczki doszło 4 sierpnia na wysokości wyspy Wight. Kosztowała ona Hiszpanów kolejny okręt – „Santa Anę” (Martinez de Recalde zdołał przenieść się na inną jednostkę), zmuszony do wyrzucenia się na francuskie brzegi. Dwa dni później losy flagowca eskadry biskajskiej podzieliła galeasa „San Lorenzo”.
Medina Sidonia dotarł 7 sierpnia do Calais, a więc niemal do punktu zbornego z transportowcami ks. Farnese. Armia nie była jednakże gotowa do akcji, brakowało transportowców (część z nich zablokowali w południowych Niderlandach Holendrzy), przeciwne zaś wiatry i tak uniemożliwiały opuszczenie Dunkierki. Porty francuskie, na które tak liczono, zostały tymczasem wzięte pod kontrolę przez króla Henryka III, zwalczającego Gwizjuszy i niechętnego Hiszpanii. Najwcześniejszym terminem zaokrętowania była zatem trzecia dekada sierpnia. Zdający sobie z tego sprawę Anglicy odwołali spod portu aż 36 okrętów Seymoura i Wintera. Armada znalazła się wobec przeciwnika, który nie tylko nie poniósł do tej pory większych strat i otrzymał uzupełnienie złożone z nowych okrętów, ale miał jeszcze czas, by pobrać pociski. Nastroje panujące w połączonej flocie pokrzepiła uroczysta nobilitacja najbardziej zasłużonych – Thomasa Howarda, Hawkinsa i Frobishera.
Ponieważ Hiszpanie kotwiczyli na wodach przybrzeżnych neutralnej Francji, lord Howard postanowił zmusić ich do opuszczenia bezpiecznego kotwicowiska. W tym celu w nocy skierowano tam 8 branderów, zaimprowizowanych naprędce z najstarszych okrętów, każdy napełniony trzema i pół tonami prochu. Oczekiwania spełniły się z nawiązką, gdyż rankiem nieprzyjacielskie jednostki, odkotwiczające w pośpiechu, znalazły się w okolicach Gravelines, usiłując odtworzyć tam szyk bojowy. Przeszkodził w tym zdecydowany atak Drake’a, który odepchnął ich ostatecznie od zbawiennego wybrzeża. Medina Sidonia, całkowicie tracąc panowanie nad sobą, zapytywał wówczas rozpaczliwie Oquendę: „Cóż wypada nam czynić? Jesteśmy zgubieni.” Admirał skłócony z szefem sztabu odpalił bez namysłu – „Niech pan zapyta Diego Floresa [de Valdesa]! Co do mnie zamierzam walczyć i umrzeć jak mężczyzna!”. Dzienna bitwa, pomimo rozpaczliwych wysiłków hiszpańskich dowódców, ograniczyła się do żywej palby artyleryjskiej, w której bezwzględną przewagę mieli Anglicy. Ich przeciwnicy nie posiadali już po prostu prochu. „Dystans był bardzo krótki. Odpieraliśmy ogień ich ciężkich dział muszkietami i arkebuzami”. Wyniki starcia zostały tym samym przesądzone. Donosił o nich w raporcie do króla hiszpański dowódca: „Alonso de Leiva i Juan Martinez de Recalde oraz capitana (flagowiec) Oquenda wraz ze wszystkimi okrętami Kastylijczyków i Portugalczyków, capitany Diega Floresa i Bertendony, a także galeon „San Juan de Sicilia” [...] powstrzymywali napaść wroga tak dzielnie, jak to tylko było możliwe; do tego stopnia, że wszystkie doznały poważnych szkód, niemal uniemożliwiających im dalszy opór, przy czym większa ich część nie ma pocisków do swych dział”. Bitwa kosztowała bardzo drogo: na dno poszły 2 galeony. Wyrzucona na brzeg galeasa „San Antonio” utraciła całą załoge wraz z adm. De Moncadą, wybita przez ścigających ją i na nadbrzeżnych wydmach nieprzyjaciół. Kolejne – „San Felipe” i „San Mateo” – zdryfowały ku wybrzeżom zelandzkim, gdzie pojmali je gezowie. Również dotkliwe były straty w ludziach: padło ich około 1500, podczas gdy Anglicy, zachowując nietknięte okręty, utracili ledwie 100. Co ciekawe, Howard, który umiejętnie kierował swymi krewkimi podkomendnymi, powstrzymał ich od przyjęcia walki abordażowej. Ostrożny i świadomy ciążącej na nim odpowiedzialności stwierdzał, iż gdyby tak uczynił, „naraziłby na niebezpieczeństwo całą Anglię”. Zdając sobie sprawę, iż czas pracuje na niekorzyść Hiszpanów, uspokajał królową: „wielka jest ich moc i siła, ale powolutku powyskubujemy im piórka”.
Bitwa pod Gravelines przekreśliła ostatecznie nie tylko plany inwazji, ale i możliwość wycofania się dawną trasą. Stało się tak zarówno z powodu silnych przeciwnych wiatrów, wiejących o tej porze roku w Kanale, jak też wobec niebezpieczeństwa kolejnej bitwy, której Hiszpanie, z braku amunicji, wydać nie mogli. Na zwołanej nareszcie radzie wojennej większość oficerów wypowiadała się co prawda za podjęciem walki, ale ks. Medina Sidonia zdecydował o powrocie do kraju. Jedyną możliwą trasą była bardzo trudna nawigacyjnie droga wokół Wysp Brytyjskich i Orkadów, tym bardziej niebezpieczna, iż nie posiadano praktycznie żadnej znajomości tamtejszych locji i układu prądów. Howard, właściwie odgadując dalszy kierunek marszu przeciwnika, czujnie towarzyszył mu aż do Firth of Forth, czyli wód neutralnej Szkocji. Anglicy nie mieli ochoty, ani możliwości podejmowania dalszego boju, gdyż załogi ich ucierpiały już wskutek tyfusu i szkorbutu – nieuniknionych skutków marnej aprowizacji i długiego przebywania na morzu.
Tymczasem przeciwnik znajdował się w nieporównanie gorszym położeniu. Armada nie przedstawiała żadnej siły bojowej. Składała się nie z karnych eskadr, ale gromady śmiertelnie wyczerpanych, głodnych, spragnionych i chorych ludzi, którzy na swych porozbijanych, ledwo trzymających się na wodzie okrętach, pragnęli już tylko cudownego ocalenia i powrotu do ojczyzny. Wielu nie dostąpiło tej łaski. Jednostki hiszpańskie tonęły w sztormach, ginęły w zderzeniach, rozbijały się o nieznane brzegi.
Pierwszą ofiara odwrotu stał się hurk „Gran Grifon”, który wpakował się na skały wysepki Fair. Rozbitkowie z adm. Lopezem de Mediną mieli spędzić na tym bezludziu zimę. Im dalej posuwali się Hiszpanie, tym więcej tracili okrętów. Aż 25 zginęło u wybrzeży Irlandii. Były wśród nich „Gran Grin” (wyspa Clare) oraz „Santa Maria de la Rosa” i „San Juan” (wyspa Blansket). Losy rozbitków ułożyły się różnie. Dzielny admirał de Leiva po stracie swego galeony „La Rata Santa Maria Encoronada” w zatoce Blacksod przesiadł się szczęśliwie na inny okręt – „Duquesa Santa Ana”. Po katastrofie i tej jednostki uratowani ludzie zaokrętowali się na „Gironę”, aby wracać do kraju „pod prąd”, wokół Szkocji. Obciążona ponad wszelką miarę galeasa (niosła na swym pokładzie 1300 ludzi) rozbiła się na skałach Bunbois w okolicy Louh Foyle, Uratowało się tylko 9 marynarzy.
Równie groźna jak stormowe morze okazywały się desperackie próby, podejmowane wyłącznie dla zdobycia kęsów jadła. Irlandzkie klany odnosiły się z reguły nieprzyjaźnie do przybyszów, z poduszczenia Anglików mordując tych jeńców, którzy wpadli im w ręce. Gdy nawet Hiszpanie zdołali wykazać, że są również katolikami, nie oznaczało to bynajmniej, iż będą bezpieczni. Kpt. Lusi de Cordoba, z grupą rozbitków ocalonych z katastrofy swego „Falco blanco Mediano”, został zaatakowany przez milicje zmobilizowane przez angielskiego gubernatora prowincji Connaught – Richarda Binghama. Bohaterski opór kilkudziesięciu rozbitków, stawiających czoło blisko tysiącu napastników, skruszył serce wicekróla kraju – Williama FitzWilliama. Zajęty rabowaniem hiszpańskich skarbów, darował Cordobie życie (pozostałych jeńców powieszono).
Ostatecznego pogromu Armady dokonała burza, jaka rozszalała się we wrześniu w Zatoce Biskajskiej. Do macierzystych portów dotarło w końcu 65 jednostek (w tym niemal wszystkie galeony), a więc połowa tych, które stanowiły przed dwoma miesiącami niezwyciężoną wówczas flotę. Z 59 utraconych okrętów aż 50, przede wszystkim transportowce, przepadło w drodze powrotnej. Zginęło 20 tys. ludzi, wśród nich także pełniący funkcję oficera łącznikowego ks. Ascoli. Wielu powróciło do kraju jedynie po to, aby spocząć w ojczystej ziemi. Dla wyczerpanych nadludzkimi cierpieniami nie było ratunku. We wrześniu zmarła Oquendo, a w październiku Martinez de Recalde.
Ks. Medina Sidonia zdając swemu panu sprawę z tak przerażającej klęski stwierdzał: „Bóg rozstrzygnął bieg spraw inaczej, niżbyśmy sobie tego życzyli”. Filip wykazał wówczas wielkość, jaka w obliczu tragedii jest udziałem niewielu władców. Nie czyniąc admirałowi żadnych wymówek napisał jedynie: „Wysłałem moje okręty, aby walczyły z ludźmi, a nie z żywiołami.”
Piękne te słowa niezupełnie odpowiadały rzeczywistości. O wyniku wyprawy przesądziły bowiem nie czynniki atmosferyczne, choć przyznać trzeba, że Hiszpanów po wyjściu z kanału La Manche istotnie prześladowały sztormy, ale wyższość techniczna, taktyczna i nawigacyjna nieprzyjacielskiej floty, skutecznie wykorzystującej swą doskonałą artylerię. Mścił się również wadliwy plan operacyjny: Medina Sidonia wyruszył bowiem w drogę na długo przed tym, nim wojska ks. Farnese gotowe były do akcji. Należy wreszcie oddać sprawiedliwość angielskim dowódcom. Wszyscy walczyli dzielnie, niewątpliwie jednak najwięcej splendoru winno spłynąć na Howarda, który wykazał się zimną krwią, rozsądkiem i zaufaniem do podkomendnych, okazywanym zawsze, gdy na nie zasługiwali. Dzięki niemu zbiorowisko indywidualistów, jakie stanowiła flota Elżbiety, potrafiło działać prężnie i w sposób zdyscyplinowany.
Rozbicie Armady nie mogło rozstrzygnąć losów konfliktu. Hiszpania utraciwszy nawet większość swej floty, pozostawała najpotężniejszym mocarstwem, podczas gdy niewielka i niezbyt bogata Anglia mogła najwyżej nękać nieprzyjacielskie szlaki komunikacyjne, zwłaszcza łączące metropolię z amerykańskimi posiadłościami. W związku z tym Elżbieta podjęła wkrótce dalsze kroki by ostatecznie uwolnić się od zmory inwazji. Z drugiej strony, również król Filip nie złożył broni. Ruszyły przygotowania do wysłania kolejnej armady.

Powyższe w większości za Wieczorkiewiczem.
Panie, weźcie kości w rękę i wyobraźcie sobie, że gracie z królem Kastylii, i rzucając je na stół zdajecie wszystko na los bitwy. Jeśli dopisze wam szczęście, zrobicie najlepszy rzut, jaki kiedykolwiek uczynił król na ziemi; a jeśli rzut wam się nie powiedzie, inaczej nie odejdziecie z gry, jak z honorem.

Gil de Osem do króla Portugalii Jana I Dobrego przed bitwą pod Aljubarrotą (14.VIII.1385)
Awatar użytkownika
Raleen
Colonel Général
Posty: 36271
Rejestracja: czwartek, 22 grudnia 2005, 14:40
Lokalizacja: Warszawa
Has thanked: 174 times
Been thanked: 115 times
Kontakt:

Post autor: Raleen » piątek, 2 marca 2007, 09:00

Jeszcze o Wielkiej Armadzie...

http://www.zgielk.pl/index.php?option=c ... &Itemid=57

Ciekawy artykuł z zaprzyjaźnionego z nami serwisu Bitewny Zgiełk.
Panie, weźcie kości w rękę i wyobraźcie sobie, że gracie z królem Kastylii, i rzucając je na stół zdajecie wszystko na los bitwy. Jeśli dopisze wam szczęście, zrobicie najlepszy rzut, jaki kiedykolwiek uczynił król na ziemi; a jeśli rzut wam się nie powiedzie, inaczej nie odejdziecie z gry, jak z honorem.

Gil de Osem do króla Portugalii Jana I Dobrego przed bitwą pod Aljubarrotą (14.VIII.1385)
Awatar użytkownika
Raleen
Colonel Général
Posty: 36271
Rejestracja: czwartek, 22 grudnia 2005, 14:40
Lokalizacja: Warszawa
Has thanked: 174 times
Been thanked: 115 times
Kontakt:

Post autor: Raleen » czwartek, 10 maja 2007, 10:46

Kolejny odcinek misyjnego serialu o wczesnonowożytnej marynistyce... :)
Tym razem w polskich klimatach.

P. Wieczorkiewicz, Historia wojen morskich. Wiek żagla, Warszawa 1992, s. 82-87:

Wojna polsko-szwedzka 1617-1629

Młody Gustaw Adolf okazać się miał najwybitniejszym monarchą szwedzkim. Zakończywszy ciężką wojnę z Danią i – zwycięsko – konflikt z Rosją, zdecydował się w roku 1617 wznowić działania w Inflantach. Argumentem maskującym szwedzkie apetyty wobec tej prowincji stało się rzekome zagrożenie kolejną inwazją Zygmunta III i jego popleczników na Sztokholm (król polski nie zrezygnował z formalnych praw do dziedzictwa Wazów). Kampania rozpoczęta w 1617 r. ciągnąć się miała z przerwami (rozejmy 1618-1621 i 1622-1625) przez 12 lat i przynieść Szwecji nadzwyczajne i niespodziewane początkowo sukcesy.

W pierwszej fazie działania toczyły się wyłącznie w Inflantach. Flota szwedzka została przygotowana do wojny przez admirała królewskiego (riksadmiral), czyli szefa admiralicji – Jorana Gyllenstiernę. W sierpniu1617 r. pod Dyjamentem wylądował oddział szturmowy płk. Nilsa Stiernsskolda, który wziął twierdzę zdradą. Wojska te zajęły następnie Windawę, natomiast adm. Gyllenhielm – Parnawę. Polacy, otrząsnąwszy się po pierwszych porażkach, przystąpili do kontruderzenia. W rezultacie odbito Dyjament i w efekcie żadna ze stron nie osiągnęła zdecydowanego sukcesu.

Operacje w 1621 r. zostały zaplanowane przez Gustawa Adolfa na znacznie szerszą skalę. W końcu sierpnia wielka flota (148 okrętów, w tym 25 galeonów) pod osobista komendą króla i awansowanego na admirała królewskiego Gyllenhielma pojawiła się pod Rygą, wysadzając potężną armię ekspedycyjną. Szczupły garnizon polski mógł poczytać sobie za sukces, iż zdołał powstrzymać napastników przez ponad miesiąc (w walkach obronnych wyróżniła się niewielka eskadra galer kpt. Krzysztofa Bruckena von Boitzenburga), ale kapitulacji nie dało się uniknąć. Do połowy października Szwedzi opanowali jeszcze Dyjament i Mitawę. Tak zaniepokoiło to opinię w Rzeczypospolitej, iż dowodzący wojskami w Inflantach hetman polny litewski Krzysztof Radziwiłł otrzymał wreszcie konieczne posiłki, co pozwoliło mu w lipcu 1622 r. odbić ostatnie z utraconych miast. Operacja ta zakończyła drugi etap wojny.

Kolejny rozejm obydwie strony wykorzystały na intensywne zbrojenia. W Rzeczypospolitej coraz powszechniej rozumiano potrzebę wystawienia silnej floty: „Armata na morzu jakby nam potrzebna była, chyba szalony nie widzi, boby to primam salutem (pierwsze zbawienie) Rzeczypospolitej dało od ściany szwedzkiej” – stwierdzano na sejmie w 1619 r. Zygmunt III, zatrwożony agresywną polityką swego kuzyna, wobec nieotrzymania posiłków z Anglii i Danii, o co bezskutecznie zabiegał, rozpoczął od roku 1621 tworzenie od podstaw polskiej regularnej floty wojennej. W ciągu pięciu lat zdołano doprowadzić ją do stanu 5 galeonów i 3 pinek, co oczywiście nie stanowiło siły wystarczającej, aby zmierzyć się z marynarką szwedzką.

Ofensywa nieprzyjacielska w Inflantach ruszyła w lipcu 1625 r. Wojska szwedzkie opanowały kolejno Kokenhauzen, Dorpat, Birże i Mitawę, zadając w styczniu 1626 r. pod Walmozją ciężką klęskę wojskom dowodzonym przez Jana Sapiehę, syna wielkiego hetmana litewskiego Lwa. Pozwoliło to Szwedom zawiesić przejściowo działania, aby przenieść je wiosną na newralgiczny z ekonomicznego punktu widzenia Rzeczypospolitej obszar Pomorza. Zdaniem Gustawa Adolfa nowe operacje miały doprowadzić do odcięcia polskiemu orłu drugiego skrzydła (pierwsze – Inflanty – w wyniku dotychczasowych działań było już mocno wywichnięte). Dalekosiężny cel stanowiło zajęcie portu południowo bałtyckiego jako „jako jedynej mocnej podstawy do [przyszłej] walki z Cesarzem”. Dnia 6 lipca 1626 r. znakomicie przygotowana ekspedycyjna armia dowodzona przez samego króla wylądowała w Piławie. Miasto zajęto bez walki w ciągu trzech godzin, obsadzając przy tym 4 statki wystawione przez elektora Jerzego Wilhelma na polecenie Zygmunta III. Dalszym etapem działań szwedzkich było opanowanie Fromborka, Elbląga, Malborka i Pucka, co przeprowadzono bez większego trudu do końca lipca. Jednocześnie eskadra admirała Gyllenhielma zablokowała port gdański pobierając drakońskie cła (30% wartości!) od wywożonych towarów, samo miasto pozostało jednak w rękach polskich, dając swymi potężnymi fortyfikacjami osłonę dla stacjonującej w Wisłoujściu niewielkiej floty zygmuntowskiej. Impet szwedzki wygasł jesienią i wtedy to, dopiero co przybyły z Podola, hetman polny koronny Stanisław Koniecpolski mógł przystąpić do lokalnej na razie kontrofensywy. Dnia 2 kwietnia 1627 r. jego wojska, wspomagane skutecznie od strony morza przez dywizjon adm. Wilhelma Appelmana, zdołały odbić Puck. Szwedom nie udało się osiągnąć także pełnego sukcesu pod Gdańskiem. Cła, a także niepewna sytuacja militarna spowodowały, iż obroty portu gwałtownie spadły, a więc dochody były niższe od spodziewanych. Z kolei system blokadowy nie okazał się na tyle sprawny, aby uniemożliwić jednostkom polskim opuszczanie bazy, przez co kilkakrotnie udało im się zagrozić konwojom szwedzkim. Jesienią 1627 r. kierujący blokadą adm. Claes Fleming Mł. Wycofał, z uwagi na niebezpieczeństwo nadchodzących sztormów, większość jednostek, pozostawiając w Zatoce Gdańskiej jedynie eskadrę obserwacyjną pod flagą zdobywcy Dyjamentu wiceadm. Stiernskolda (6 okrętów). Arend Dickmann, dowodzący w zastępstwie chorego Appelmana flotą polską, wykorzystując tak znaczne osłabienie nieprzyjacielskiego dozoru, wyszedł 28 listopada 1627 r. na morze z zamiarem wydania przeciwnikowi bitwy. Stoczona na wysokości Oliwy przyniosła Polakom sukces. Wykorzystując przewagę liczebną (posiadał 10 jednostek) udało mu się zdobyć flagowy galeon „Tigern”; drugi – „Solen” wyleciał w powietrze. W boju padło 350 Szwedów i 25 Polaków oraz obaj admirałowie (Dickmann od pomyłkowej salwy z polskiego okrętu „Król Dawid”).

Zwycięstwo to miało jednak znaczenie raczej symboliczne. Flota Zygmunta III była bowiem ciągle zbyt słaba, aby złamać blokadę Gdańska, wznowioną przez wiceadm. Henrika Fleminga wiosną 1628 r. W lipcu skutkiem ataku artyleryjskiego nadzorujących ujście Wisły wojsk szwedzkich eskadra polska poniosła dotkliwe straty: przepadły 2 galeony, flagowy „Rycerz Święty Jerzy” (skutkiem zbytniej brawury kpt. Hieronima Teschkego, który zresztą przypłacił swoją odwagę życiem) i „Żółty Lew”. W potyczce zginął również nowy jej dowódca, komodor Gregor Fentross, bezskutecznie usiłujący zorganizować obronę zagrożonych okrętów.

Poważniejsze znaczenie od wiktorii oliwskiej miało pierwsze polskie zwycięstwo odniesione na lądzie pod Trzcianą, w czerwcu 1629 r., gdzie armia hetmana Koniecpolskiego wspomagana przez austriacki korpus posiłkowy pobiła główne siły nieprzyjaciela pod wodzą samego króla. W wyniku bitwy, a także mediacji Anglii i Francji (która pragnęła wciągnąć Szwecję do wojny toczonej przeciw cesarzowi w Rzeszy), we wrześniu 1629 r. zawarto kompromisowy rozejm w Altmarku (Starej Wsi). Potwierdzał on szwedzkie nabytki w Inflantach i dawał Gustawowi Adolfowi prawo do pobierania ceł z gdańskiego handlu.

Władca Szwecji nie potrzebował zresztą zachęt, aby zakończyć konflikt z Rzecząpospolitą. Uzyskawszy korzyści, przede wszystkim finansowej natury, mógł wyekwipować na tyle silną armię, aby skutecznie włączyć się do działań wojennych na terenie Niemiec. Decyzję tę przyspieszyły sukcesy, jakie zaczął odnosić Ferdynand II. Rozprawiwszy się ze swym niefortunnym rywalem do czeskiej korony „zimowym królem” Fryderykiem. Pobił Chrystiana IV wezwanego na pomoc przez protestanckich książąt Rzeszy (1625-1629). Cesarz przystąpił następnie do oblężenia jednego z głównych punktów oporu protestantów – Stralsundu, planując przy tym utworzenie silnej marynarki wojennej, której dowództwo objąć miał najwybitniejszy wódz stronnictwa katolickiego generalissimus Albrecht von Wallenstein, mianowany admirałem Morza Bałtyckiego (1628).

Projekty cesarskie zbiegały się z koncepcjami dyplomacji hiszpańskiej. Już Filip II starał się o uzyskanie stałej bazy nad Bałtykiem, gdyż dałoby mu to możność oskrzydlenia Niderlandów i sparaliżowania ich północnego handlu. Po rozpoczęciu wojny trzydziestoletniej Madryt wznowił dawne plany. Wysłańcy króla pojawili się w Polsce proponując Zygmuntowi sojusz zaczepny i oddanie pod komendę pierworodnego królewicza Władysława stacjonującej w Dunkierce eskadry 24 galeonów adm. Ferminy de Lodosy. Zamysły te okazały się w danym momencie mało realne i ostatecznie Hiszpanie postanowili wspomóc austriackich kuzynów. Z ich inicjatywy przystąpiono do organizowania w Wismarze regularnej floty, której bezpośrednie dowództwo zlecono doświadczonemu w służbie szwedzkiej (!) i hiszpańskiej hr. Philippowi von Mansfeldowi (po pewnym czasie zastąpił go Gabriel de Roy).

Zygmunt III był tymczasem żywotnie zainteresowany powodzeniem hiszpańsko-austriackich zamierzeń. Król dla zaszachowania Szwedów na Bałtyku poszukiwał wszelkich możliwych sojuszników prowadząc rozmowy nawet z sułtanem Maroka (liczono, że jego flota dokona dywersyjnego uderzenia na szwedzkie pobrzeża Norwegii). Alians habsburski był w tej sytuacji najbardziej naturalny. W styczniu 1629 r., a więc jeszcze przed zawarciem rozejmu w Altmarku, wysłano do Niemiec pod flagą pozostającego w służbie habsburskiej Niderlandczyka, adm. Adriaana von der Dussena, 9 polskich okrętów, które wraz z jednostkami cesarskimi i hiszpańskimi stworzyć miały połączoną flotę zdolną do podjęcia walki ze Szwedami. Plany te po kilku potyczkach załamały się jednak skutkiem niesolidności sojuszników (Hiszpania w ogóle nie przysłała przyobiecanej eskadry), blokady portu ustanowionej przez przeważające siły wiceadmirałów Erika Ryninga i Blumego, a wreszcie radykalnej zmiany całej sytuacji strategicznej. Stało się tak po błyskotliwej kampanii niemieckiej Gustawa Adolfa (1630-1632). Okręty polskie, ogołocone z załóg (z wyjątkiem zajętego przez lubeczan flagowego „Króla Dawida”), dostały się ostatecznie w 1632 r. w ręce wojsk szwedzkich, z chwilą gdy te opanowały Wismar.

Stosunki między Warszawą a Sztokholmem zostały prowizorycznie uregulowane w roku 1635 w Sztumskiej Wsi. Wobec groźby zbrojeń Władysława IV, który sprowadził do Gdańska kontyngent kozaków rejestrowych i rozpoczął odbudowę floty, wyczerpani wojną niemiecką Szwedzi zdecydowali się zrezygnować z opłat celnych, zatrzymując za to dawniejsze nabytki w Inflantach (Liwonia). Król tymczasem, który pragnął aktywizacji bałtyckiej polityki Rzeczypospolitej, przejął cła, aby zdobyć podstawy finansowe dla odtwarzanej z niemałym trudem polskiej marynarki. Na czele jej stanął z tytułem wiceadmirała (classis nostrae vicepraefectum) Szkot – Aleksander Seton. Rozwiązanie takie było nie w smak gdańszczanom, którzy zazdrośni o swe przywileje handlowe i swobody, wykupili się w końcu od dolegliwego obowiązku. Gdy jednak w 1637 r. Władysław postanowił wznowić system kontroli, w grudniu w Zatoce Gdańskiej pojawiła się eskadra duńska adm. Nikkela Kocka, aby siłą przerwać ten proceder, pod pozorem, iż jest nielegalny (!), gdyż uszczuplić może wysokość ceł sundzkich. Atak wydzielonego dywizjonu wiceadm. Clausa Beckera doprowadził do rozproszenia niewielkiej eskadry polskiej.

Potyczka ta przesądziła o losach floty Władysława IV. Jednocześnie gdańszczanie rozwinęli na terenie Rzeczypospolitej swe dyplomatyczne talenty (wsparte odpowiednio wypłacanymi pieniężnymi subsydiami), aby przekonać wpływowych polityków, że najlepiej będzie pozostawić rzeczy po staremu, to znaczy zrezygnować i z ceł, i z floty. Argumenty te znalazły posłuch wśród szlachty, zawsze niechętnej działaniom mogącym grozić wprowadzeniem nowych podatków. Władysław IV musiał w tej sytuacji zrezygnować ze swych bałtyckich projektów; ocalałe okręty z czasem wyprzedano.”
Panie, weźcie kości w rękę i wyobraźcie sobie, że gracie z królem Kastylii, i rzucając je na stół zdajecie wszystko na los bitwy. Jeśli dopisze wam szczęście, zrobicie najlepszy rzut, jaki kiedykolwiek uczynił król na ziemi; a jeśli rzut wam się nie powiedzie, inaczej nie odejdziecie z gry, jak z honorem.

Gil de Osem do króla Portugalii Jana I Dobrego przed bitwą pod Aljubarrotą (14.VIII.1385)
El Caudillo
Towarzysz
Posty: 106
Rejestracja: niedziela, 25 marca 2007, 04:31

Post autor: El Caudillo » czwartek, 10 maja 2007, 20:13

Raleen pisze:Hiszpańskie Wielkie Armady (2) - rajd na Kadyks
Bedzie troszeczke off-topic, choc nie do konca :wink:

W Kadyksie bylem 2-krotnie, juz kilka kilometrow przed miastem nastepuje wyrazna zmiane powietrza i czuc slony i wilgotny zapach Atlantyku. Pierwszym razem dojechalem az na sam koniec mierzei w jednym celu - obejzec jedna z najwazniejszych twierdz morskich imperialnej Hiszpanii. Domy starowki pamietaja gdy ulicami przejezdzaly towary i skarby Imperium Hiszpanskiego i choc bastiony i umocnienia pochodza z XVIII w. latwo wyobrazic sobie jak piraci i zbiry z okretow Drake'a pladruja port i miasto...

Jezeli jestescie zainteresowani moge podrzucic troche zdjec ze starego Kadyksu.
Awatar użytkownika
Strategos
Censor
Posty: 8345
Rejestracja: czwartek, 22 grudnia 2005, 17:53
Lokalizacja: Łódź

Post autor: Strategos » czwartek, 10 maja 2007, 20:15

Podrzuć :)
"Bądź szybki jak wicher, spokojny jak las, napastliwy i żarłoczny jak ogień, niewzruszony jak góra, nieprzenikniony jak ciemność, nagły jak piorun"

Sun Tzu
ODPOWIEDZ

Wróć do „Historia XVI-XVIII wieku”